W ramach dorocznego tzw. Sommerfest urządzanego przez mensan-berlińczyków w ich mieście kilkoro z nas miało okazję sprawdzić, czym jest opiewany w piosenkach "Berliner Luft".
Sommerfest jest po prostu okazją do wspólnego, przyjemnego spędzenia czasu przez mensan z różnych stron świata. W tym roku stron tych było kilka: ogólnoniemiecka, holenderska, fińska, nowozelandzka i nie najmniej liczna - wrocławska. Wszystko to trwało w okresie 17 - 20 sierpnia (czwartek-niedziela).
Piszący te słowa trwał tam już od 12 dnia owego miesiąca pełniej zaspokajając swe żądze poznania miasta.
Sommerfest zaczął się czwartkowym wieczorem w Café Stresemann. Lokal ów jest miejscem comiesięcznej koncentracji IQ w Berlinie. Tym razem spotkanie to nazwano Icebreaker. Spotkanie, jak spotkanie - lodów łamanie, gadka, zagadka, piwko i odsapka. Ale przede wszystkim berlińczycy przedstawili szczegółowy program działania na najbliższe trzy dni. Wybrałem z niego tylko część pozycji, z których swe wrażenia podaję poniżej.
Następnego dnia, w piątek przed południem, byliśmy
na wycieczce
szlakiem muru berlińskiego w rejonie Eberswalderstrasse. Ulica ta była niegdyś granicą dwu światów (chyba jeszcze pamiętacie jakich). Stały przy niej domy, jeszcze po stronie komunistycznej, pod oknami których był już ten drugi świat. Toteż przez okna te wielu osobom udało się uciec z "raju". Tak było w początkowym okresie podziału miasta. Mieszkańców domów wkrótce wykwaterowano, a okna, poczynając od dolnych pięter, zamurowywano, zmuszając uciekinierów do skoków z coraz większych wysokości, co, mimo pomocy zachodnich berlińczyków, bywało bardzo niebezpieczne. Później domy te wyburzono. Postawiono mur, a przed nim jeszcze dodatkowe ogrodzenie. Na pamiątkę zostawiono tam fragmenty muru, z których jeden zamknięto na wieczną pamiątkę w stalowych płytach. W kilku miejscach upamiętniono
sam przebieg muru. W pobliskim muzeum można obejrzeć sporo ciekawej dokumentacji faktograficznej z tamtych lat.
Po południu czekała na nas w tzw. Budynku Gropiusa wystawa Sieben Hügel (Siedem wzgórz). Była to próba spojrzenia na całokształt naszego świata. Wystawa została umownie podzielona na siedem części (stąd siedem wzgórz): Atom, Dżungla, Kosmos, Cywilizacja, Wiara, Wiedza i Marzenie. Każdy z tych rozdziałów, będących dziełem różnych projektantów, miał w zamyśle wystawców prowokować do refleksji nad tym, czym jest świat i jakie jest nasze w nim miejsce. Wystawa, odmienna niż większość, prezentowała moim zdaniem bardziej dekoracje, klimaty niż eksponaty. Słowem - rzecz ciekawa. Szczególnie, gdy się na nią spojrzy niespiesznie, świeżym okiem.
Następnym mym punktem programu było zwiedzanie bunkra z czasów II (?) wojny. Niestety, nie zdążyłem. Berlińczycy ostrzegali: mimo dobrej komunikacji, w tym wielkim mieście trzeba na wyrost szacować czas dojazdu. Ale za to szukając owego bunkra w biegu i niedoczasie przypadkowo spotkałem (albo on mnie) objuczonego tobołami mensanina z Nowej Zelandii będącego w trakcie podróży wokółziemskiej i goniącego prosto z dworca tenże uciekający bunkier. Willy zapragnął wpaść na dni parę do Polski. Wracał już później z nami, przekonanymi przez niego, że do Polski wizy mu nie trzeba. Nawet nasz pogranicznik zwątpił i poszedł to sprawdzić. Ale cóż, jeszcze nie tym razem.
W sobotę zaniosło nas do Poczdamu, a stamtąd
statkiem
do wioski Caputh. Tu nie sposób zwrócić uwagi, że w Berlinie jest mnóstwo kanałów żeglownych i jezior. A i o las nie trudno. Nie trzeba więc daleko wybywać w celach wytchnieniowych. W Caputh jest pałacyk będący letnią rezydencją, nie pamiętam już którego (wybaczcie) wielmoży niemieckiego. Sam w sobie, moim zdaniem, średnio interesujący.
Miejscowość ta znana jest też z drugiej ciekawostki -
letniego domu Alberta Einsteina.
Mieszkał on w nim aż do czasu emigracji do USA. Dom niewielki, skromny, ale ładny. No i ten genius cioci loci...
O dziewiątej byłem już w teatrze w jednej z mniej reprezentacyjnych dzielnic byłego Berlina Zachodniego - Kreuzbergu. Ratibor (tak, tak, od miasta: Racibórz) Theater - mała scenka z wejściem od podwórka w starym domu pokazał coś, czego jeszcze nie widziałem. Aktorki i aktorzy (w bardzo różnym wieku) żywiołowo i nie bez talentu improwizowali na tematy podawane przez widownię tworząc różne zabawne sytuacje aktorskie (całością kierowała konferansjerka). Nie mając dużej praktyki w niemieckim niewiele słów zrozumiałem, ale skoro publika świetnie się bawiła to i mnie nic innego nie pozostało.
Sommerfest zakończył swój bieg w niedzielę pożegnalnym wspólnym żarełkiem w jednej z knajpek.
Podsumowując - warto było. Szkoda tylko, że nie było tam wśród nas nikogo spoza Wrocławia (będącego z Berlinem Mensa Mates). A więc może za rok?
Z mojego indywidualnych doświadczeń berlińskich polecam też zainteresowanym choćby niektóre z muzeów (jest tam ich okołu stu):
Kulturforum - zespół nowych obiektów muzealnych, a w nich wspaniała, wielka galeria malarstwa (część zbiorów przeniesiona z berlińskiego Dahlem) i muzeum
rzemiosła artystycznego.
Deutsches Technikmuseum - niestety, częściowo w remoncie, ale i tak sporo do obejrzenia. Mnie urzekła rekonstrukcja pierwszej, jak twierdzą Niemcy,
programowalnej, binarnej maszyny liczącej Z1 skonstruowanej w czasie II wojny przez Konrada Zuse. Nawiasem mówiąc, w omawianej już wystawie Siedem Wzgórz można było też obejrzeć fragment słynnego Eniaca i fragment notatek Leibniza w których po raz pierwszy opisał on system dwójkowy. Wśród różnych różności w muzeum tym jest przepyszna kolekcja starych lokomotyw i wagonów.
Muzea w Dahlem - kompleks nowoczesnych muzeów etnologicznych o bardzo bogatych i pięknie pokazanych zbiorach
przedmiotów z całego niemal świata. Będąc tam nie mogłem sobie odmówić przyjemności pogrania na afrykańskich instrumentach.
Pieszko